powlekać rosnące

powlekać rosnące

O mnie

Moje zdjęcie
Urodziłam się w Pile w 1979 roku, a kilkanaście lat temu osiadłam na warszawskim Grochowie. Jestem poetką, krytyczką, redaktorką; miałam zostać naukowczynią, ale już mi się nie chce. Wydałam na świat trzy książki poetyckie ("Somnambóle fantomowe", "Zagniazdowniki", "Wylinki") i troje dzieci, które coraz bezczelniej sadowią się w pisaniu. Opublikowałam też książkę eseistyczną "Stratygrafie" (Wrocław 2010) i sylwę z apokryfami prenatalnymi - "Powlekać rosnące" (Wrocław 2013).

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Nauki przedszkolne

"Teraz powiem, czego się dzisiaj nauczyliśmy w przedszkolu.
Że w czasie burzy nie można pić alkoholu" - oznajmia poważnie Jaś.  

poniedziałek, 24 marca 2014

Dydelf, wombat i Dziadunio Patriarchat

Śnił mi się Dziadunio Patriarchat.

Najpierw ślinił się na ordery, harcerskie lilijki i znaczki powstańcze uwieszone na bluzie mojego synka (skąd się tam wzięły i dlaczego bluza moro, skoro ubrałam go w błękit z samolotem, i to zgoła nie wojskowym?).

Potem jak ekshibicjonista odchylił płaszcz i zobaczyłam na szczęście nie goliznę, ale odzianą zgrzebnie chudziznę, a na dziadowskich łachmanach zwisały starczo takie same jak u Janka patriotyczne odznaki.

A potem staruch zaczął trząść się podniecony i wołać "hop, hop, hop" i "tej, tej, tej", a jego płaszcz rozszerzał się jak połacie zawłaszczanych ziem.

Wtedy dziadunio, całkiem krzepki, jednym zdecydowanym ruchem zawłaszczył i mnie. Zaplątałam się w poły płaszcza, synek gdzieś się zapodział, a wstrętny dziadzio stawał się coraz bardziej natarczywy, dokładnie jak niewyżyty, acz udający zdechłego dydelf i agresywny mówiący wombat, które śniły mi się chwilę przedtem.

Na szczęście przypomniałam sobie lekturę sprzed snu. "Chodźcie z nami!" - krzyknęła mi w głowie głosem psychologicznego oporu Carol Gilligan.

Więc się za radą siostruni Dziaduniowi Patriarchatowi oparłam, jego oparcie (laskę) kopniakiem wytrąciwszy, poły płaszcza podarłam, zboczonego starucha zwymyślałam wiązanką, i poszłam szukać synka - w błękicie z uśmiechniętym samolotem rolniczym - na inne polany.
 
(Ps. Przed snem nic nie brałam. Wystarczyła lektura Trash story Magdy Fertacz, który to dramat będziemy czytać dziś wieczorem we Wspólnym Pokoju, przegryziona typowo "sundance'ową" produkcją filmową Sarah Polley - Take this Waltz. Obie przedsenne używki bardzo polecam!) 

piątek, 21 marca 2014

oficjal return

Na święto poezji i wiosny i na okazję oficjalnego powrotu do domeny domu:


autentykacja.gif

 
spisz się powoli
trzy po trzy
na krzyż

nim się opatrzysz
poboli i przejdzie
w spiż

wtorek, 18 marca 2014

Nocne Jana pytania

Jaśkowi czasem włącza się szwendactwo nocne. Na przykład dziś. Przychodzi raz:

- Mamo, a czy naszyjesz mi takiego Ben Tena na bluzeczkę, bo mu mama naszyła i tak sobie o tym przy śniadanku gadałyśmy?

(A z Kingą przy budowaniu torów gadali o tym, że jej dziadek umarł na Księżycu, ale nie skończyli – torów ani rozmowy – bo się musiał iść poprzytulać do pani Agnieszki)

- Dobrze, jak znajdę, to przyszyję.

Przychodzi drugi:

- Chcę kupę. I jeszcze mam takie pytanie. Co jedzą świnie? Ale takie normalne świnie, a nie Peppy.

- Ziemniaki jedzą. I buraki dukane, chyba.

- O, to zupełnie jak my!

Przyłazi znowu:

- Przyszedłem, bo… przyszedłem… i nie wiem, po co przyszedłem.

- Może chciałeś się tylko przytulić.

- O właśnie. I już idę, bo mnie noc omija.

Poszedł ominięty – i śpi.


niedziela, 16 marca 2014

Petersburski mondegreen


Która tam u Was teraz? Kilka minut po 23, 15 marca 2014. U mnie, w ostatnią petersburską noc, już 16 marca, kilka minut po 2. Nie mogę tutaj spać do czwartej–piątej nad ranem, jakbym przez ten rosyjski prawie-tydzień nie umiała się przestawić z Polski na Rosję. Bo przestawić się – czasowo, myślowo – niezwykle trudno, o czym mówią Polacy mieszkający tu od lat.

Ale nie o tym chciałam. I nie o dziesiątkach zdeformowanych płodów, które widziałam dziś rano w Kunstkamerze (zbiorach osobliwości Piotra I). Ani o genialnym centrum niezależnej kultury Puszkinskaja 10, po którym oprowadzał nas – również dzisiaj (a raczej wczoraj) – Siergiej Kowalski (jeden z awangardowych „chudożników” kontynuujących tam w najlepszym stylu tradycje Malewicza, Chlebnikowa, Charmsa i innych proroków rosyjskiej awangardy). I nawet nie o rachitycznej antywojennej demonstracji, w której uczestniczyłam pod petersburskim soborem kazańskim (kilka fotek tutaj: http://www.demotix.com/news/4190951/rally-against-russias-military-actions-crimea-stpetersburg#media-4190939).

Chciałam pociągnąć wątek przemian rozpoczęty w ostatnim wpisie. Przemian, które dotykają utworów rozpisanych na poziomie czysto prywatnym i które czynią z intymnych tekstów – zupełnie nieoczekiwanie – głosy zaangażowane, aktualne, publiczne.

Wspominałam tam o piosence zespołu Ju-Piter, którą usłyszałam na petersburskim koncercie zorganizowanym z okazji 25-lecia istnienia centrum Puszkinskaja 10. Pisząc tamtą notkę, ledwo raczkowałam w temacie, myląc Ju-Pitera z Aquarium, plącząc się wśród opozycyjnych legend tutejszej muzyki, nie mając pojęcia, czym dla petersburskiego środowiska artystyczno-intelektualnego była świętująca jubileusz Puszkinskaja 10.

Teraz, gdy mam za sobą wirtualną wycieczkę po youtubie i trzygodzinną wizytę w realnym gnieździe tutejszej neoawangardy, wiem, że Wiaczesław Butusow z zespołu Ju-Piter śpiewał na koncercie bardzo znaną, nagraną jeszcze przez Nautilus Pompilius piosenkę „Крылья” („Skrzydła”), którą możecie znaleźć tu: https://www.youtube.com/watch?v=dVqGkBCt6rI. To wiedza, o którą jestem bogatsza, uboższa natomiast jestem dzisiaj o pewność, czy rzeczywiście Butusow zaśpiewał to, co ja – rozdygotana wypadkami w moskiewskim radio – byłam skłonna usłyszeć. Jeśli w ogranej piosence Nautiliusa Pompiliusa doszło do przesunięcia, które uczyniło z niej zaangażowany w sprawy Ukrainy protestsong, to zmiana ta polegała na podmianie zaledwie kilku głosek odróżniających słowa „Krylia” od „Crimea”. Pierwotnie refren intymnej ballady brzmiał tak:

Где твои крылья, которые нравились мне?
(Gdzie twoje skrzydła, co podobają mi się?)

Po przemianie, którą być może usłyszałam tylko ja (bo publiczność milczała, bo nie znam rosyjskiego aż tak dobrze, bo może zadziałał fałszywy przyjaciel mondegreen?), fraza antywojennej odezwy wybrzmiewała tak:

Где твой Crimea, которуй понравился мне?
(Gdzie jest twój Krym, który spodobał mi się?)

Rosyjskie „skrzydła” zamieniły się więc (zamieniły czy tylko ja uskrzydliłam sytuację?) w – trącące wymową z „zapadu” (zachodu), powtarzane dzisiaj (i tu, i tam u Was) bez przerwy – słowo „Crimea”: Krym:

Раньше у нас было время, теперь у нас есть дела
Доказывать, что сильный жрет слабых, доказывать, что сажа бела.
Мы все потеряли что-то на этой безумной войне.
Кстати, где твои крылья, которые нравились мне?
Где твой Crimea, которуй понравился мне?
Где твой Crimea, которуй понравился мне?

Czy to zresztą ważne – zamiana była czy nie – skoro „bezumna wojna” w obu przypadkach zagraża tak samo, silny z równym smakiem pożera słabszego, a gwałciciel przychodzi i bierze, co nie jego, tylko dlatego, że „spodobało mu się”? Czy to istotne – Butusow zaśpiewał, nie zaśpiewał? – skoro powiedział mniej więcej to samo w odezwie dla ukraińskiej telewizji (tu: http://euromaidanberlin.wordpress.com/2014/03/06/russian-musicians-lets-preserve-the-unity-of-ukraine/)?

Zostawiam Was i siebie z tym przesłaniem, w tym zawieszeniu, nadchodzi północ, zrównują się nam dni, jeszcze dzisiaj będę – Bóg da – w Polsce, a gdzie będą Ukraina, Rosja, Krym?


czwartek, 13 marca 2014

Krymu mir, czyli pożegnanie z prywatnością


Kiedy cztery lata temu pisałam do Przystani! komentarz do wiersza krymu mir, cry & crime (komentarz tutaj: http://portliteracki.pl/przystan/teksty/wiersz-w-drodze-krymu-mir-cry-crime/; wiersz w Wylinkach), nie miałam pojęcia, jaką drogę przejdzie (przeleci, przejedzie) po latach.

W Polsce jest teraz 13 marca 2014 roku, a u mnie, w konsulacie polskim w Petersburgu, odległym od Warszawy o trzy godziny i setki lat świetlnych, 14 marca 2014. Jestem tutaj, a wczoraj byłam w Moskwie, w ramach szumnie nazwanego biurowego cyklu „Ambasadorzy poezji”. Nie będę pisać o smutku, skuleniu, znękaniu i podskórnej grozie, które panują w Moskwie – wbrew krzykliwym reklamom, ale za to bardzo po drodze policyjnym pałkom panów strzegącym owych dóbr – na ulicach, w metrze i kanałach oficjalnej telewizji. Nie będę pisać, bo rosyjskiej stolicy właściwie nie zdążyłam zobaczyć. Kiedy bowiem mój tutejszy poetycki towarzysz, poseł JJ, zwiedzał plac Czerwony, ja zostałam zaproszona do radia „Gawarit Maskwa”, w celu – jak myślałam – niezobowiązującej pogawędki o poezji.

I owszem, pogawędziłam sobie przez pół godziny – i to nie tylko z prowadzącym program (on wykrzykiwał z pozycji stojącej, „na wymachu”, podczas gdy ja i tłumaczka zostałyśmy – tak dosłownie, jak w przenośni – usadzone w krzesłach), ale także z hejterami ładującymi we mnie magazynki pytań przez net oraz telefon. O poezji było może pół słowa, za to niezwykle natarczywie wypytano mnie o niezrozumiałą wrogość Polski wobec Rosji, kazano komentować słowa premiera Tuska oraz gen. Kozieja, zmuszano do ustosunkowywania się do „banderowców z Euromajdanu” oraz porównywania Krymu z Kosowem, a na koniec telefonicznie pouczono mnie, że Półwysep Krymski zawsze był rosyjski i takie jak ja nie mają w tej sprawie nic do gadania.

Owszem, nie mają – krzyczało coś we mnie przez te najdłuższe pół godziny mojego życia. To było jak ten sen o pójściu do szkoły na golasa, tylko pomnożony dziesięciokrotnie. Tylu poetów zaangażowanych – a przynajmniej bardziej niż ja politycznie zorientowanych – w naszym kraju, a sprawy wagi międzynarodowej powierza się w kruche rączęta poetessy od „intimatulenia”. Matrix, powiadam wam, Matrix.

A potem, w czasie spotkania w Bibliotece Turgieniewa w Moskwie, w samym środku macierzyńskiego matrixu (bo towarzysząca nam rosyjska poetka Elena czytała, karmiąc jednocześnie piersią „swoju riebionku”), prócz wierszy macierzyńskich, miłosnych, wierszy o wierszach, o krótkiej historii WKP(b) (to JJ), a także o Putinie i psychoanalitykach (to Elena) – zdarzyło mi się przeczytać własny utwór, którego rosyjskie tłumaczenie dotarło do organizatorów w ostatniej chwili, jak alarmujący pasek z TVN 24. Pasek miał barwy żółto-niebieskie i raźnie związał rozwlekłe, wylewne wersy w rażącą aktualność.

Tytuł krymu mir, cry & crime brzmi tu i teraz, zwłaszcza po tej stronie świata i światła, zupełnie inaczej. I to jest zupełny przypadek, że brzmi właśnie tak. Na pewno siła jego piąstek nie dorównuje mocy piosenek śpiewanych przez Jurija Szewczuka z zespołu DDT, na którego koncercie zupełnie przypadkiem byłam dzisiaj w Petersburgu (i o którym, „zupełnie przypadkiem”, pisał kilka dni temu na blogu Janusz Radwański: http://chalwazwyciezonym.blogspot.ru/2014/03/za-co-kochamy-jurija-szewczuka.html). I na pewno nieoczekiwana przemiana tego wiersza nie ma tej siły, którą miała metamorfoza piosenki zespołu Ju-Piter (grał dzisiaj razem z DDT  i Akwarium na 25-lecie istnienia niezależnego centrum kultury Puszkinskaja 10), kiedy ta z intymnej, miłosnej ballady przemieniła się, po dodaniu strofy o Krymie, w deklarację antyputinowską (nie mogę znaleźć w necie piosenki Ju-Pitera, więc posłuchajcie, jak najbardziej w temacie, protest-songu Akwarium: любовь во время войны – https://www.youtube.com/watch?v=y4wyQOlnzRA). Choć – zastanawiam się teraz, gdy u Was jeszcze dzisiaj, a u mnie późne jutro – może ta siła działała tylko na mnie – polską poetessę nie do końca rozumiejącą rosyjski (i pierwszy raz słuchającą obu legendarnych grup), nie do końca zorientowaną w tutejszych sprawach, zawiłościach i nastrojach, nie za bardzo czającą, dlaczego odzew po tym numerze był tak cichy, tak nikły?

Zresztą, pal licho, bo – koniec końców – co pomogą paluszki poetessy pukające w klawisze w polskim konsulacie w Rosji i jak się to stukanie ma do wszystkiego najgorszego, co jutro (dzisiaj) rano jej znużone oczęta ujrzą w tutejszej (i tej Waszej, tej naszej) telewizji? Może tyle co kolekta wkołysana w klauzulę krymskiego wiersza:

kobieto roznosząca żar
dziewczyno nalewająca niebo
sypnijcie światłem do snu
a ty ich hospody pomyłuj od wszego najlepszego


(Dobranoc, Eupatorio, Kijowie, dobranoc, Warszawo, pomyłuj, Moskwo, Petersburgu, lepszego jutrzejszego dzień dobry, dobranoc)

sobota, 22 lutego 2014

kremowe randewu


a zatem sobotnim wieczorem wybierasz się z mężem na randkę

coś w podobie randki właściwie, bo tachasz ze sobą na romantyczne spotkanie, prócz własnej osoby, jeszcze dziecko lat prawie dwa, ale przy wielodzietności ferie starszaków to dla ciebie jakby okazja last minute ibiza all inclusive, mąż stolik zarezerwował w saskiej gębie, więc wynalazłszy dziecięciu zadanie bojowe: „masz tu plecaczek z żółwikiem, spakuj się na naszą wyprawę, randkę tatusia i mamusi”, udajesz się do toalety, zamykając za sobą drzwi z ulgą a bez lęku (bo przecież ma zadanie, nie trzeba zostawiać uchylonych?), myjesz się, pacykujesz, wsłuchana w błogą acz złowieszczą ciszę (zadanie działa pierwsza klasa!), no to jeszcze przy myciu zębów gazetkę dzisiejszą („wysokie obcasy” z wywiadem z dominiką dzikowską) chętnie przejrzę (bo jak nie teraz, to kiedy?), cisza narasta i nabrzmiewa, więc w schludną czerń odziana wychodzisz z łazienki, kosmyk za uchem wdzięcznie przyklepując, zakręcając przylizując

i oto wrastasz

wrastasz i wrzeszczysz

a wrzask niesie się nad kanapą, nowiutką, w barwie gustownej miedzi, teraz upstrzonej pacynami bieli
pacynami kremu, i kremu. i kremu. i kremu

nowiuśko otwartego sudocremu

(uwaga, lokowanie produktu!)

więc nie panując nad sobą, nad czernią, nad układem kosmyków, dopadasz: dziecka, kanapy, czerń matowieje, kosmyk się chwieje, biel bierze wszystko:

śnieg na oparciu, na podołku, śnieg na ubraniach, misiach, śnieg jak miedź brzęcząca, ty jak cymbał grzmiący

krem na odparzenia na rilkem, krem na odleżyny na eliocie, krem przeciw zapaleniom pieluszkowym na jesieninie, krzyk wybrzmiewa, wybrzmiewa i ginie

dwie całe w spustoszeniu i bieli

dobrze żeśmy mężu zaczęli

nasze kremowe randewu