Czy mam już… – zapytacie – … co? Szwindla?
Szwagra? Szmergla? Jakiego znowu szwibla?! Czy to kolejna modna zabawka,
której domaga się dziecko, tania podróbka Furbiego albo inne
cholerstwo? Wrzucicie w wyszukiwarkę, to wywiedzie was w pole, podpowie
błędnie „szable”. I zostaniecie skonsternowani jak bohaterowie
opowiadania „Naprawa” Philipa K. Dicka („Service Call”, w: Raport mniejszości, tłum. K. Brzozowski, Amber, Warszawa 2002), skąd rzeczony szwibel pochodzi.
Dick napisał opowiadanie w 1955 roku i mniej więcej w tym czasie
rozgrywa się akcja. W domu rodziny Courtlandów pojawia się serwisant,
który upiera się, że został wezwany do naprawy szwibla. Problem w tym,
że David Courtland nie tylko nie posiada żadnego szwibla, ale nawet nie
ma pojęcia, co to takiego. Z kopii zlecenia dowiaduje się jedynie, że
firma zatrudniająca mechanika została założona w 1963 roku, a więc o
dekadę później w stosunku do rozgrywanych wydarzeń! Dopiero druga wizyta
serwisanta z przyszłości daje Courtlandowi (i zaproszonym przez niego
znajomym) wiedzę o szwiblach.
Czym zatem są szwible – i co mówią osobie żyjącej pół wieku po ich
wynalezieniu? Mówiąc najprościej, są to po części sztuczne, a po części
naturalne urządzenia, które strzegą ideologicznej czystości swych
właścicieli oraz ich znajomych. Jako struktury organiczne mają tkankę
nerwową, rozwijają się, myślą, a nawet odżywiają i wydalają; z kolei
jako mechanizmy mogą być produkowane, kontrolowane, naprawiane i
serwisowane przez ludzi. Tutaj jednak tkwi zagwozdka – chociaż robotami
kieruje człowiek, to one zarazem kierują nim. Szwible zostały
wynalezione po to, by ostatecznie wyeliminować wszelkie wojny na
świecie. A skoro konflikty rodzą się w ludzkich umysłach, to szwible –
„wielokomórkowe organizmy telepatyczne” – musiały przejąć nad nimi
kontrolę.
Jak działają te zmyślne roboty? Przypominają freudowskie psy superego
– wyczuwają wszelkie odchylenia od panującego kursu ideologicznego i
jak tresowane bestie rzucają się na każdego, kto dopuścił się
nielojalności, zdrady systemu czy choćby tylko skrytej
nieprawomyślności. Warto mieć własnego szwibla – przekonuje Courtlandów
serwisant – ponieważ bezboleśnie modyfikuje on światopogląd właściciela
zawsze wtedy, gdy ten zbacza z właściwej ścieżki. Co ważniejsze, ów
ideologiczny naprowadzacz strzeże człowieka przed niebezpieczeństwem ze
strony innych szwibli. Zdarza się bowiem, że ktoś, sam o tym nie
wiedząc, dopuszcza się nieprawomyślności, i zanim się zorientuje,
zostaje pożarty żywcem przez szwibla znajomych – a wszystko przez to, że
nie zakupił własnego robota.
Dick nie precyzuje, jaka ideologia panuje niepodzielnie w świecie
przyszłości. Pisze tylko, że dzięki szwiblom nie ma już „żadnych
konfliktów, bo nie ma sprzecznych ideologii. (…) to bez znaczenia, jakie
mamy przekonania; nieważne, czy jest to komunizm, wolny rynek,
socjalizm, faszyzm czy nawet niewolnictwo. Jedyne, co się liczy, to że
wszyscy jesteśmy zgodni i całkowicie oddani sprawie, lojalni”. Trochę
szkoda, że autor nie zdefiniował istoty owej „sprawy”. Być może nie
starczyło mu na to miejsca w krótkim opowiadaniu, a może po prostu
wyobrażenie sobie jednej jedynej ideologii, która wykluczałaby wszelkie
sprzeczności, przekracza granice umysłu nawet tak wielkiego wizjonera
jak Philip K. Dick.
Istotne wydaje mi się coś innego. Ciekawa jest reakcja bohaterów z
przeszłości, którzy za wszelką cenę chcą tak pokierować biegiem
wydarzeń, by szwible nie zostały wynalezione (nie udaje im się – zanim
podejmą jakiekolwiek działania, do Courtlandów zostaje z przyszłości
dostarczony egzemplarz szwibla). Serwisanci pokazują im utopijną wizję
nowego lepszego świata, w którym w prosty sposób zostaną wyeliminowane
waśnie, niesnaski, krwawe rozróby i wojny światowe. Jednak ludzie z lat
pięćdziesiątych są mądrzejsi od swych następców. Wiedzą, że każda
zrealizowana utopia przekształca się w totalitarną antyutopię – a w
szwiblowych aniołach stróżach widzą złowieszczych posłańców zagłady.
Rozumieją, że wyeliminowanie różnic nie stworzy dla wszystkich edenu
równości, lecz wszystkim po równo odbierze wolność myślenia i prawo do
decyzji.
Zadziwia mnie też niesamowita aktualność Dickowego opowiadania. Nie,
nie chcę powiedzieć, że grozi nam oto zapanowanie jakiejś totalitarnej
ideologii – jesteśmy od tego dzisiaj o wiele dalsi niż nasi poprzednicy
sprzed półwiecza. Czy tak samo nieufni jak bohaterowie z 1955 roku, a
może równie naiwni jak ci, którym przyszło żyć już po 1963 roku? – tego
nie wiem. Ale szwible, szwible są najważniejsze!
Śledząc w ostatnim czasie elektryzujące doniesienia z pola bitwy (np.
między genderem a Kościołem), klikając w kolejne linki odsyłające do
relacji z eskalujących się konfliktów na różnych frontach (bitki o
tęczowość lub dwubarwność Polski z połowy listopada; antygenderowy
wykład księdza przerwany przez chłopaka w sukience i grupę anarchistów,
wobec których używa się paralizatorów; wreszcie najbardziej dla mnie
wstrząsający film z San Juan, gdzie rozwścieczone, półnagie feministki
atakują grupę modlących się mężczyzn strzegących katedry) –
zastanawiałam się, jak nazwać uczucia, które podchodzą mi do gardła i
dławią coraz mocniej. Wstyd za jedną i drugą stronę, lęk przed
ostatecznym zniweczeniem szansy na rozmowę, zagubienie między ideami,
które jeszcze niedawno nie miały tak wyrazistych barw i wydawały się
możliwe do pogodzenia, a przynajmniej do przenegocjowania… – szwibel,
szwibel, szwibel! A te wszystkie zlepki negatywnych emocji, które rosną w
siłę w fejsbukowych obejściach znajomych? Te, które napadają mnie, gdy
tylko włączę internet, i obezwładniają jak paralizatory na poznańskim
wykładzie; które skaczą mi do gardła jak pies na księdza w popularnym
memie „Gender, bierz go!”; te, które wyrastają jak barykady tam, gdzie
przed chwilą stały łuki przymierza; te, które czają się w pozornie
gościnnych kobiecych progach i sprawiają, że boję się tam odezwać, bo na
pewno uznają mnie za zmanipulowaną oszołomkę i wyrzucą z grona
„siostrzyczek”? Szwibel, szwibel, szwibel, wszystko szwibel!
Też czujecie na sobie ich czujny wzrok, chociaż sami ich nie
widzicie, przyzwyczajeni do ideologicznych półcieni, a nie skrajnej
walki czerni i bieli? Też wsłuchujecie się w ich chrapliwy oddech,
wstrzymując własny aż do bezdechu? Też tracicie stopniowo siły, gdy
wyjadają was od środka? Też zastanawiacie się nad kupnem i tresurą
własnych szwibli, żeby tylko nie rozszarpały was cudze? A może jeszcze o
nich nie słyszeliście i, święcie naiwni, nie wiecie, że cierpliwie
czekają, kiedy wy wykrwawiacie się w jatkach hejtujących komentarzy?
No to jak (zapytają small-talki): czy masz już własnego szwibla? A Ty? A Ty? A Ty?